czwartek, 11 stycznia 2018

Urządzamy...

Dziś troszkę o tym jak urządzaliśmy pokoik i kupowaliśmy potrzebne rzeczy dla Smyka. Pokoik urządzałam już w trakcie szkolenia. Zaczęłam od dodatków. Jako, że nie wiem kim będzie moje dziecko postawiłam na szaro-miętowe dodatki. Moim zdaniem uniwersalne dla każdego :) w trakcie szaleństwa wyszukiwania drobiazgów w internecie wybrałam się po meble (od zawsze wiedziałam, że postawię na mój ulubiony sklep... ;)) Wózek od dziadka. Kupiłam też fotelik, wanienkę, kocyki, śpiworki i wszystko inne, co tylko przychodzi na myśl gdy myślimy o kompletowaniu wyprawki. Łóżeczko również już na stanie :D - 140x70, (z funkcją tapczanika), które dostawimy do naszego łóżka w sypialni.

Mam już wszystko. Przynajmniej tak mi się wydaje :-) Oczywiście oprócz artykułów pielęgnacyjnych oraz ubranek (no... poza dwoma kompletami body i półśpiochami w neutralnych kolorach :)) Tak ciężko się powstrzymać przechodząc obok regałów z tymi cudami...

Z jednej strony jestem spokojna, że w sytuacji jakby telefon zadzwonił jestem prawie gotowa. Jednak z drugiej strony... mając już to wszystko MEGA dłuży się czas. Czasami mam wrażenie, że może nie powinnam tego wszystkiego kupować, że tak głupio... To wszystko wydaje się takie nierealne...


A tak to wygląda...






                                 

                           

wtorek, 2 stycznia 2018

2017/2018

Rok 2017 był zdecydowanie NAJGORSZYM w moim dotychczasowym życiu... 
z powodu straty Mamy...

Nie wiem jaki będzie rok 2018...
Boję się.

Ale mam nadzieję, że taki o jakim zawsze marzyłam...
Boję się... bo zawsze jak czegoś pragnęłam to coś mi stawało na drodze...


Roku 2018... mam nadzieję, że przyniesiesz nam szczęście...


Szczęśliwego!





niedziela, 17 grudnia 2017

Wzloty i upadki

Ostatnimi dniami miotają mną skrajne emocje. Z jednej strony chciałabym spróbować, w dużej mierze z ciekawości... Z drugiej zaś nie wyobrażam sobie tego, że znowu musiałabym przez to wszystko przechodzić.

Dziś też dowiedzieliśmy się, że nie dostaniemy kredytu. Ulżyło mi... Może to głupie, niezrozumiałe. Ale ja chyba naprawdę zakończyłam w głowie i sercu ten temat...

Tak jak kiedyś nie czułam na tyle adopcji, aby się ku niej skłaniać całą sobą. Tak dziś odrzuca mnie od kolejnej (piątej) procedury in vitro.

W ostatnich dniach dowiedziałam się również, że kolejna osoba z naszej grupy doczekała się dzieciątka. Jest to dziecko starsze niż te, na które my czekamy. Oczekujemy na noworodka ze szpitala lub dziecko do 6 m-ca życia... Aktualnie o takie sytuacje ciężko. Wspominano nam na kursie (doszkalającym na rodzinę zastępczą), że na dzieci malutkie będziemy czekać o wiele dłużej niż na dzieci starsze...

Jednak od szczęśliwej wieści od pary z naszej grupy adopcyjnej wpatruję się telefon z wielką nadzieją, że zadzwoni i do mnie. Wiadomo, czas przedświąteczny wręcz nakazuje nam marzyć o cudzie...

 I tak co roku, od lat...



wtorek, 12 grudnia 2017

„Poranieni”

Mamy z mężem po 26 lat.
Pewnie na starcie nie jedno z Was pomyślało. 26 lat? Pff... i ona będzie pisać o niepłodności i życiowych problemach?
Właśnie tak...
Nie dlatego, żeby się nad sobą użalać, choć jest to może dla mnie pewna forma terapii. Ale też dlatego, żeby może komuś pomóc... w podobnej sytuacji...

Mimo młodego wieku i krótkiego okresu starań... przeszliśmy już sporo, chociażby przebyte cztery procedury in vitro. Aktualnie myślimy nad piątą, jednak opcja jest mocno ograniczona finansowo... Jak to niedawno ujął nasz ostatni lekarz (najlepszy w najlepszej klinice w Polsce): „Wasz przypadek jest tragiczny, mieliśmy podobne, ale nie w tym stopniu... szkoda mi was. Zrobimy wszystko co w naszej mocy jeśli się zdecydujecie, ale miejcie świadomość, że jak nie uda wam się ten ostatni raz tutaj, to nie uda wam się już nigdy nigdzie”...

Procedury kończyły się brakiem zapłodnień. Dzień po każdej z punkcji z wyjątkiem pierwszego podejścia (dwa słabe zarodki przy 4 komórkach - z teraźniejszego punktu widzenia REWELACJA!) odbierałam telefon z laboratorium embriologicznego o braku zapłodnień. 

Staramy się 4 lata. Ale już wiemy, ze mamy ukryta wadę (w moich komórkach, bądź męża), która najpewniej nie pozwoli nam się cieszyć dzieckiem biologicznym. 

Aktualnie czekamy również na telefon z ośrodka adopcyjnego. Jest to nasz promyczek! Jedyna droga gdzie może się udać realnie zostać rodzicami. Nie porównujemy tych dwóch dróg. Dziś wiemy, ze TAK PO PROSTU chcemy mieć dziecko. "Smyka..." bo tak je nazywamy od początku marzeń o nim... Chcemy w końcu normalności, szczęścia, pełnej rodziny. Naturalnym jest, że na początku pojawia się ogromne pragnienie, aby dziecko powstało z naszych komórek, było noszone pod sercem. Z czasem człowiek dochodzi jednak do wniosku, że to nie jest w tym wszystkim najważniejsze. Choć oczywiście uważam, że powinniśmy wszyscy robić wszystko w kwestii dziecka biologicznego! Wszystko co możliwe... na ile mamy sił...

To właśnie czas oczekiwania na telefon skłonił nas do powrotu do tematu dziecka biologicznego  i wykorzystania tego czasu... Tym bardziej, ze dowiedziałam się, ze moja rezerwa jajnikowa nie jest obiecująca... W tym wieku powinna wynosić o wiele więcej... W ciągu dwóch lat spadła drastycznie. Chciałam spróbować ten ostatni raz, póki jeszcze mogę...



I tak to się toczy... nadzieje, oczekiwanie, wielka miłość... która zaczęła się już w gimnazjum. On - mój pierwszy chłopak, ja - jego pierwsza dziewczyna. Następnie ślub jak z bajki i ... no właśnie... co piękne się skończyło... ubyło nam sił do życia, ubyło przyjaciół, jesteśmy „poranieni”...