niedziela, 8 kwietnia 2018

Oj, trochę mnie tu nie było... Macierzyństwo pochłonęło mnie całkowicie ;)

Mynia jest cudna. W nocy budzi się tylko na jedzenie, dwa razy :-) Pięknie przybiera, w dzień również dużo śpi. Na dworze zasypia migusiem (to mi BAAARDZO pasuje ze względu na ogarnianie ogródka :D)
Tata staje na wysokości zadania, wstaje w nocy.  Ja ze względów... ciążowych :D chwilowo mam odpuszczone ;)
Po niedzieli czekamy na wieści z OA o tym czy papiery o zrzeczeniu  zostały podpisane przez MB.


Co do ciąży -  męczą mdłości, na okrągło bym spała... i chyba nadal nie mogę w to uwierzyć...


Ogólnie jestem nieustająco zmęczona mimo złotego dziecka :-) nie sądziłam, że aż tak ten URLOP jest męczący :D

Cieszę się wiosną, cieszę się swoją rodziną- czego chcieć więcej?


piątek, 16 marca 2018

Szczęście...!

Długo zastanawiałam się jak nazwać ten post. Ale tylko jedno słowo, powyższe przychodziło mi do głowy...

Nasza Mynia (tak ją będę tu nazywać) jest całkowicie zdrowa, patrzę na Nią i nie mogę nadziwić się jak bardzo jest NASZA.
Na imię ma tak jak chcieliśmy ją nazwać zawsze... Niesamowite.

Jesteśmy już razem, uczymy się siebie. Nareszcie wszystko ma swoje miejsce, odnalazłam swój spokój... JEST CUDOWNIE!!!


środa, 7 marca 2018

Jestem Mamą!!!

Tak!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Reszta szczegółów wkrótce, nie mogę w to uwierzyć!!!
Boże... dziękuję!!!!!!!!!! ❤️❤️❤️

Niszczyciel...

Historie traktujące o tym jak alkohol może zniszczyć życie i rodzinę słyszał każdy na tym świecie.
Ja doznałam tego osobiście, mój ojciec jest alkoholikiem.
W życiorysie, który dołączaliśmy do dokumentów do OA opisałam powyższe, a także podczas rozmowy indywidualnej z Paniami z OA opowiedziałam jak to u nas było.
Na początku bardzo bałam się odrzucenia mojej kandydatury... nie spałam po nocach, jednocześnie wiedząc, że powinnam być szczera. Nie będę przecież kłamać, że mój rodziciel był świetnym ojcem, wzorem do naśladowania... Panie na końcu tylko podsumowały, że tam gdzie jest idealnie mają pewnie wątpliwości, a to jest życie. Ulżyło mi nieziemsko, biorąc pod uwagę fakt, że przecież takim rodzicom jak mój ojciec właśnie odbiera się prawa rodzicielskie...


Całe życie żyłam i żyję z piętnem córki alkoholika.
W dzieciństwie byłam nieśmiała, wystraszona, nie potrafiłam uwierzyć w siebie. Mimo całej pracy, którą włożyła w moje i siostry wychowanie moja Mama i tak czułam i czuję, że to co przeżyłam pozostawiło ślad...

Ojciec uderzył mnie kilka razy, najbardziej pamiętam uderzenie w twarz gdy przy tym nazwał mnie dziwką, którą według niego byłam w wieku lat jedenastu... Pił z największymi "menelami" w naszej małej mieścinie. Mimo wykształcenia, domu, wspaniałej żony i córki wybierał towarzystwo swoich "kolegów" na ławce w parku. Nie gdzieś u któregoś w domu. Na ławce...

Na ławce w parku, przez który chodziłam do szkoły podstawowej. Codziennie rano i po szkole słuchałam jego marudzenia, wyzwisk kierowanych do mnie, do mojej Mamy a także widywałam go śpiącego, pijanego na umór. Nie mogłam zaprosić koleżanki do domu. Rodzice moich koleżanek zabraniali im się ze mną spotykać.

Ojciec sprzedał mój medalik z komunii, obrączki, łańcuszek mamy, który kupiła w okazyjnej cenie, a zarobiła na niego sprzątając wieczorami w swoim zakładzie pracy, żeby następnie sprzedać drożej w razie gdybyśmy nie miały co jeść. On nie pracował. Raz czy dwa podjął pracę, wywalili go po kilku dniach. Wszystko było na barkach Mamy.




Gdy ojciec był trzeźwy mimo wszystko lubiłam z nim przebywać, chodzić na spacery. Choć jak się po latach dowiedziałam nigdy nie robił tego bezinteresownie. Za każde wyjście miał płacone.
Od Mamy...


Nie mam żalu do niego jak traktował własne córki. Przede wszystkim mam żal o Mamę... to ona oberwała najwięcej razy, była poniżana, bita na oczach sąsiadów, wywalał jej bieliznę przez okno, obrażał. Moja Mama była BARDZO silną osobowością, dlatego poradziła sobie z oprawcą, przede wszystkim chcąc chronić nas. Rozwiodła się, poznała swojego męża. On jest dla nas ojcem, choć go tak nie nazywamy to zapewniamy, że nim jest.


Dziś ojciec alkoholik mieszka z moją kochaną babcią. Odwiedzam go. Słucham jak zapewnia jak się o nas martwi. Patrzę na niego, słucham i nie wierzę w jego słowa. Już nie. Po odejściu Mamy mój żal się spotęgował. Tyle wycierpiała w życiu i przedwcześnie odeszła. Odeszła cierpiąc, zwijając się z bólu. Odeszła mając kochanego męża, mając stabilne życie, wtedy gdy założyła firmę i kochała to co robi. Odeszła czekając na moje dziecko... Tak mocno chcąc je zobaczyć... Chciałabym wiedzieć, że ma to jakiś sens, ale ciężko mi go w tym wszystkim odnaleźć...

Gdyby Mama była trochę słabsza nie wiem gdzie bym dziś była. Dzięki niej nie boję się stawiać czoła przeciwnościom losu. On sprowadzał mnie i moją siostrę na dno, Mama odbijała nas od tego dna. Niestety tak wiele kobiet wciąż tkwi w związkach z tego typu osobnikami i sobie nie radzi... Nie mają tyle siły co moja Mama... Pozwalają na niszczenie siebie i swoich dzieci...




niedziela, 25 lutego 2018

Wśród tylu dróg...

W trakcie naszych starań wciąż zastanawialiśmy się jaką drogę wybrać... Oprócz tej, której byliśmy najbardziej pewni - ADOPCJI rozważaliśmy różne opcje, takie jak:

1) Inseminacja nasieniem dawcy
2) In vitro z użyciem nasienia dawcy
3) In vitro z użyciem komórek dawczyni
4) Adopcja zarodka


1) Inseminacja nasieniem dawcy

AID zasugerował nam Doktor w Krakowie. Po czterech nieudanych podejściach powiedział, że ze względu na 0% morfologii męża możemy spróbować tej stosunkowo niedrogiej metody, aby sprawdzić czy tutaj leży problem. M. bardzo obstawał za tym pomysłem. Toż to szok... Z tego co się orientowałam zazwyczaj to faceta jest ciężej do tego przekonać. M. przekonywał mnie, że będzie kochał jak swoje, ale to ja miałam opory. Zawsze chciałam, żeby to było nasze wspólne dziecko... Albo nasze wspólne, albo nasze, ale z obcymi genami... Przerażała mnie też ilość rodzeństwa, którą mogłoby posiadać to dziecko. Oprócz tego bałam się przyszłości, tego, że M. nie zasługuje na to, aby usłyszał od dziecka, że nie jest jego ojcem, itd. Ja bym była ta OK, no bo mama, ta prawdziwa. A on? Jak powiedzieć o tym rodzinie? Jak? Gdy wspomniałam po wizycie w Krakowie teściowej o tym pomyśle. Powiedziała: "Nie! To nie dla Was! Myślę, że M. teraz by chciał, a później by do niego to doszło i nie wiadomo jakby się zachowywał"  Uważam, że nic takiego by się nie wydarzyło. Jednak to chyba była reakcja obronna, że to niemożliwe, że jej dziecko jest niepłodne... Jak to!? Jej syn będzie wychowywać cudze dziecko? Wyobrażałam sobie, że mówimy o tym reszcie rodziny od strony M. Bo uważam, że rodzina powinna wiedzieć... na pewno najbliższa. Przed dzieckiem również nigdy nie chciałabym tego ukrywać. I jakoś to wszystko mi nie grało... :(

Pomijając aspekty moralne czuję od początku, że to u mnie leży problem, gdzieś głęboko... W rzeczywistości część plemników męża była dobra, te 0% jak wytłumaczył nam lekarz nie oznacza, że tam nie ma tych najlepszych. Są... Po przygotowaniu-separacji jakość była znakomita... Teraz wynosi 1%, znacznie też wzrosła ilość. To wszystko po operacji żylaków powrózka. I tak jakoś ta opcja poszła w zapomnienie szybciej niż przyszła... choć nie powiem - wracała często, szczególnie M. próbował coś jeszcze ugrać.


2) In vitro z użyciem nasienia dawcy

Tutaj jak wyżej. Do tego dochodziły koszty procedury. Wspominali o tym lekarze, ale również bez przekonania z uwagi na to, że nie wiedzieli gdzie leży problem.


3) In vitro z użyciem komórek dawczyni

Tą opcję zaproponował nam Doktor z kliniki z Wrocławia już po drugim podejściu. "Coś nie tak musi być z jakością pani komórek, trzeba próbować z dawczynią". Jakby ktoś mnie uderzył w twarz. 24 lata i KD? Dlaczego!? AMH w normie (choć mogłoby być wyższe), komórki jakieś tam produkowałam, choć ilość była dziwnie niska.

Od razu jak to ja zaczęłam analizować tą opcję, czytać, szukać, przygotowywać się na ewentualną przyszłość. Wtedy jeszcze nie czułam na tyle zwykłej adopcji, żeby z całą pewnością odrzucić inne możliwości. Kurcze. Trochę mama, trochę nie. Jak ja to wytłumaczę dziecku?! Czy mówić rodzinie? W jaki sposób? Przecież dla wielu samo in vitro to science fiction. Większość chyba nie ma pojęcia o tym, że istnieje coś takiego jak in vitro z KD. Za dużo miałam tutaj wątpliwości, pytań, obaw na przyszłość. Mimo wielu plusów takich jak to, że noszę to dziecko pod sercem, więc ja jestem tą biologiczną mamą. M. ma przekazane swoje geny. Jednak gdy pomyślałam, że jego geny połączyłyby się z genami innej kobiety... Od razu odrzucałam tą opcję. Może to śmieszna zazdrość. Być może wynika z tego, że jesteśmy swoimi pierwszymi partnerami od 16 roku życia, taka słodka pierwsza miłość i on miałby połączyć swoje geny z genami obcej kobiety? Nie, nie mogłam... M. jakoś nie naciskał, bardziej obstawał za w/w opcjami.

Nie poddaliśmy się, zmieniliśmy klinikę chcieliśmy wciąż próbować na swoich komórkach.


4) Adopcja zarodka

To była z tych czterech możliwości jedyna, którą oprócz adopcji zwykłej mocno rozważaliśmy. Wspaniała sprawa, noszę pod sercem. Adoptowane, a jednak urodziłam... Co tutaj nie pykło? Chyba to, że zarodki oddała para, która sama miała problemy, para która z całej siły sama pragnęła mieć dziecko. Bałam się przyszłości. Tego, że dziecko tego nie zrozumie. Dlaczego zostało "oddane" mimo tego, że rodzice pragnęli mieć dzieci...? Pewnie można by to było jakoś ogarnąć, wytłumaczyć. Jednak ten lęk mnie nie opuszczał. Cieszyłam się, że rodzina ten pomysł zaakceptowała, bardzo. To też ważne mieć takie oparcie.

Bałam się bardzo chorób genetycznych, itd. W końcu para nie jest dokładnie badana pod tym kątem... Bałam się ewentualnego poronienia, które mogłabym przeżyć tak naprawdę z czyimś dzieckiem pod sercem, nie swoim... Dziwne to dla mnie było wszystko, nie do ogarnięcia...

_________________________________________________________________________________


Ciężko mi wyjaśnić co mną kierowało, że ostatecznie wybrałam drogę adopcji. Może ta decyzja podyktowana była tym, że faktycznie nie wiemy co w nas "siedzi".

Jednak to raczej coś wewnątrz mówiło mi, że zrobiłabym błąd korzystając z tych czterech dostępnych opcji. Te wszystkie możliwości rozważałam w jednym celu, aby poczuć dziecko pod sercem. Aby przeżyć te wszystkie chwile, które są wynoszone wręcz na piedestał...

Dziś jeszcze bardziej jestem pewna swojej decyzji. Nie wiem co będzie kiedyś, nie zarzekam się. Nie mówię też, że te drogi są złe, niegodziwe, niemoralne. Kiedy się czuje jedną z nich jak najbardziej trzeba nią podążać. Byleby być szczęśliwym i dobrze się czuć z podjętą decyzją przez resztę lat!









czwartek, 8 lutego 2018

Oczekiwanie

Boże! Jak mi się dłuży ten czas. Najgorzej to nastawić się, że to będzie już niedługo, zaraz.
I na to się nastawiłam. Każdy kolejny dzień przynosi rozczarowanie.
Powinnam czuć, że z dnia na dzień jestem coraz bliżej celu, a ja mam wrażenie jakbym się od niego oddalała...
Wiem, że najważniejsze jest, że to "pewniak", że ten cud się pojawi w naszym życiu, prędzej czy później. Jednak ten czas robi swoje... Robię w domu już wszystko co mogę, sprzątam idealnie, żeby było pięknie jak się pojawi.

Hit - kupiłam sobie szpilki i kurtkę na wiosnę w kolorze wózka (tak wiem, chore ;-))

I własnie tak mi troszeczkę odbija, oczekując...